Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 września 2014

A Allen siedzi i zawija je w te sreberka

Istnieje parę rzeczy pewnych we wszechświecie. Pewne jest to, że po lecie nadejdzie polska zima, że Ziemia krąży wokół słońca (potwierdzone przez lokatorów mojego bloku), że Figa rzuci się łakomie na drugą każdą miskę karmy oraz że u progu jesieni w Kieszeniach pojawi się recenzja nowego filmu Allena. Magię w blasku księżyca (wyjątkowo wierne tłumaczenie niezbyt wyrafinowanego tytułu - Magic in a Moonlight) obejrzałam wczoraj. Po wykładzie o seksualności w buddyźmie, spacerze po dachu toruńskiego CSW (przepadam za tym dachem), a przed świetnym wieczorem z Olą; słowem - film wpisał się zgrabnie w pasmo sobotnich przyjemności.

I to mogłoby wystarczyć za jego recenzję. Bo Magia to opowieść, którą śledzi się z uśmiechem, ale zapomina po około siedemnastu minutach (zupełnie inaczej, niż na przykład melancholijną i przejmującą Blue Jasmine). Bohater najnowszego filmu, Stanley (Colin Firth), utalentowany acz pyszałkowaty prestidigitator, na prośbę kolegi po fachu przybywa do rezydencji państwa Catledge, gdzie ma zdemaskować Sophie (Emma Stone), podającą się za medium. Niemiłosiernie racjonalny i sarkastyczny mężczyzna nie pozostaje obojętny na urok niebieskookiej mistyczki (a ja wraz z nim, bo Emma Stone to czarujące dziewczę, zwłaszcza w kapeluszu ozdobionym kwiatami).


czwartek, 21 sierpnia 2014

Dwanaście wypowiedzi z Dwóch Brzegów

Kto czyta Kieszenie, ten wie, że festiwal filmowy w Kazimierzu lubię w dużej mierze ze względu na spotkania. Z reżyserami, scenarzystami, pisarzami, muzykami, aktorami... Przed dwoma laty szczególnie ujął mnie Koterski (i jego Dzieła zebrane z podstawówki), w tym zachowałam w kieszeni więcej wrażeń.

Oto barwne wypowiedzi z tegorocznych spotkań, odnotowane w parnym kinie, pod namiotem Empiku,
na drewnianej podłodze Kina pod srebrną gwiazdą lub na pufach Cafe Kocham Kino.


1.
Paweł Pawlikowski, reżyser Idy, o sukcesie frekwencyjnym filmu:
- Jestem zaskoczony tym pozytywnym przyjęciem. Ja bym sam na podstawie opisu nie poszedł na ten film. Pomyślałbym: "Kurczę, znowu jakieś nudy".
2.
Jerzy Bralczyk, odpowiadając na pytania publiczności przy okazji premiery książki Jeść!:
- Jakie zjawisko we współczesnej polszczyźnie uważa pan za najbardziej szkodliwe?
- Zawsze to, o którym aktualnie myślę. Myślę sobie: "Wulgaryzmy... To okropne!". Po chwili przychodzi mi do głowy jakieś powszechne zapożyczenie i oburzam się: "Och, nie, to jednak bardziej okropne!". Kiedyś nawet jednego dnia, w odstępie kilku godzin, udzieliłem wywiadu radiowej Dwójce i Czwórce. W obu mówiłem o rozwoju języku, w obu z przekonaniem i całym arsenałem argumentów. I w obu zupełnie sprzeczne rzeczy.
[Inny cytat ze spotkania z Bralczykiem - oraz moja fantastyczna pamiątka! - tutaj.]
3.
Tadeusz Sobolewski, krytyk filmowy, relacjonując rozmowę z włoskim reżyserem, Ermanno Olmim:
- Rozmawialiśmy przez tłumacza. Olmi ubolewał, że musi uciekać się do takich środków. "Przecież znam trzy języki!" - mówił - "Włoski, mediolański i bergamaski".

niedziela, 30 marca 2014

Do łezki Wes

Jeśli Woody Allen jest w kinematografii kieliszkiem dobrego wina – sprawdzonym, wytrawnym, czasem może za słodkim, ale cóż, w wypadku przesytu zawsze możemy sięgnąć do starych roczników – to Wes Anderson jest filiżanką gorącej czekolady z chili. Filiżanką fikuśną, bo w jego wypadku słowa przestarzałe i niedorzeczne zyskują prawo bytu, i trochę wyszczerbioną, bo naznaczoną losami postaci, przez których ręce przeszła. Naturalnie – filiżanką stylową, wysmakowaną kolorystycznie - taką, którą ma się ochotę wstawić tylko do fantazyjnego kredensu, nie do prozaicznej szafki z płyty mdf.

(Swoją drogą, czy zauważyliście, że najwybitniejsi reżyserzy filmowi noszą zwykle inicjały WA? Woody Allen, Wes Anderson... i wymieniałabym dalej, gdyby nie fakt, że notka dotyczy czegoś innego oraz że nie znam więcej przykładów).
 
Nowy film Andersona, Grand Budapest Hotel, wpisuje się w porcelanową charakterystykę. To słodycz przełamana melancholią, historia nostalgiczna, niespieszna, przyjemna w odbiorze, choć z gorzkimi akcentami w tle. To sentyment spleciony z ironią, smaczny miks burleski i komedii - poprowadzony przez brygadę znakomitych aktorów. (Na marginesie - w kategorii Filmów, Które Gromadzą Rzesze Znanych Twarzy, W Tym Willema Dafoe, Grand Budapest Hotel podoba mi się znacznie bardziej, niż Nimfomanka von Triera).


czwartek, 9 stycznia 2014

Nimfomanka w 11 punktach

Jakiś czas temu obejrzałam film Miłość Larsa. Dziś na ekranie prześledziłam niemiłość Larsa, czyli Nimfomankę von Triera.

Moja relacja z tym reżyserem jest burzliwa, rozpięta między wiarą w jego talent a poglądem o totalnej hochsztaplerce i tanich zagrywkach, obliczonych na uzyskanie rozgłosu. Po Antychryście, który zapadł mi w pamięć jako pretensjonalny gniot, strzeliłam
na von Triera przepastnego focha i długo nie miałam ochoty mieć styczności z jego kinem. Melancholię, serdecznie polecaną przez paru znajomych, zignorowałam zupełnie. Dopiero niedawno, jakieś 2 miesiące temu, gdy pod nieobecność R., natknęłam się na nią w TVP Kultura, postanowiłam dać jej szansę – i kurczę, przemówiła mi do wyobraźni.

Dlatego w napadzie apetytu na kino studyjne, wybrałam się z kolegą Mariuszem na przedpremierowy pokaz najnowszego filmu von Triera. (Zamierzaliśmy iść na Papuszę, ale akurat jej nie grają - czy to była dobra decyzja, okaże się).

Poniżej 12 wrażeń na gorąco. Bez selekcji, bez konfrontacji z wypowiedziami krytyków, bez próby złapania dystansu. (I bez ogrzewania w domu, ale to dygresja).
  1. Czy powiedziałabym z przekonaniem: Nimfomanka to świetny film - musicie go zobaczyć? Nie.
  2. Czy fabuła Nimfomanki mnie wciągnęła? Tak. Przez długi czas nie przyszło mi do głowy spojrzeć na zegarek, śledziłam z uwagą losy bohaterki.
  3. Lars von Trier z pewnością jest błyskotliwy. Umiejętnie snuje swoją opowieść, potrafi zbudować znakomite mikrohistorie w ramach szerokiego scenariusza (co przypomniało mi misterną sekwencję początkową Antychrysta). Świetny jest np. groteskowy epizod z Umą Thurman. Von Trierowi nie brak humoru, ma zacięcie do farsy, zabaw skojarzeniami, autoironii (co można było obserwować m.in. w jego Szefie wszystkich szefów).
  4. Jednocześnie nie przestaje być pretensjonalny i efekciarski. Niektóre momenty - oraz sceny ekranowego seksu - odbierałam jako celowo uwydatnione, łopatologiczne, podkreślone wężykiem, wężykiem. Nie mogłam odpędzić wrażenia, że motywacją było: Pokażmy to dosadniej i zobaczymy, co się stanie. Nie brakło też scen na siłę znaczących, które przypominały, że granica między symbolizmem a wydmuszką jest delikatna.

środa, 11 grudnia 2013

Always look on the bride's side of life

Ten wiszący na wierzchu post z Hiszpanii (ogarniający zresztą wrażenia sprzed pół roku) zionie mi profilem Zagranico, więc najwyższa pora wrzucić kilka aktualnych słów.

Szaleństwo trwa. Szaleństwo w pracy - bo zima zobowiązuje, by było zleceń jak lodu, a do tego trzeba prowadzić rekrutację; szaleństwo w domu - bo mamy remont i na myśl o kolejnych jego etapach mam ochotę krzyknąć jak gang uliczny z West Side Story: Ale będzie rozpierducha!

Dlatego ku ukojeniu nerwów - Waszych i moich własnych - czarujący kadr z Audrey Hepburn jako panną młodą z filmu Funny Face
Popatrzcie i przypomnijcie sobie, że jeszcze kiedyś wyjdzie słońce, jeszcze kiedyś wyrośnie trawa, jeszcze kiedyś będziemy wywijać nogami na świeżym powietrzu! A póki co, wracam pod kołdrę pachnącą tynkiem, przeklinam fakt, że zakleiłam folią szafkę z winem i wracam do ostatniego Popielskiego. A wkrótce postaram się wysmażyć recenzję z Aniołów w Ameryce.

P.S. Jeśli w Waszym mieście szykuje się koncert Marka Dyjaka, idźcie koniecznie. Czarująco-szorstki głos. Tylko nie warto się spóźniać, bo koncert trwa 1:15.


P.S.2 Pójście na badania krwi z wielką koncertową pieczątką na nadgarstku nie wywołuje serdeczności pielęgniarek.

niedziela, 24 listopada 2013

3 przystanki w Hiszpanii

W listopadzie króluje u mnie makijaż smoky eye, ale awangardowy, bo wypadający pod, a nie nad powieką. Stylizację a'la uncle Fester zawdzięczam tempu pracy (nie nadążam się kłaść, a już wstaję!), więc... z tym większą przyjemnością wracam do wspomnień z tegorocznych podróży.

Wiosną mieliśmy szczęście być z R. w Barcelonie (R., częsty bywalec miasta, zwiedzał je z kosmopolityczną nonszalancją, ja, będąca po raz pierwszy, z postawą Marceli Szpak dziwi się światu i nieustannym ojacię! w głowie). O podróży wspominałam Wam najpierw na gorąco, potem dzieląc się masą wrażeń. Nadal jednak nie wspomniałam o trzech miejscowościach, o które zahaczyliśmy przy okazji majowych wakacji. Wszystkie urzekły nas umiarkowanym natężeniem turystów. Przyjemną odmianą po marszach wzdłuż Rambli było spacerować powoli, nie trzymając kurczowo torebki i nie tłocząc się w kolejce do urokliwej kamienicy. Oto nasze przystanki!


1. Sitges
Kurort nad morzem, do którego zabrał nas nieoceniony Daniel, współpracownik R. Kameralne uliczki, bajeczna plaża (słoneczny akcent naszej pochmurnej wyprawy) i my jako... jedyna para mieszana, jaką spotkaliśmy w tej miejscowości. A do tego kino - po raz pierwszy udało mi się dać upust zamiłowaniu do kin studyjnych za granicą! O Sitges wspominałam Wam słówkiem w pierwszej relacji, przywołując swój bosy marsz po nadmorskich zabudowaniach, w towarzystwie Hiszpanek... w kozakach.



poniedziałek, 4 listopada 2013

Z zaskoczeniem czy bez

Zdarzają Wam się sytuacje, gdy książka wybrana losowo z regału w księgarni okazuje się fantastyczną powieścią, a długo oczekiwany film ulubionego reżysera rozczarowuje doszczętnie? Dziś moje ostatnie przypadki zderzenia oczekiwań z rzeczywistością.
 
1. Bez zaskoczenia - książka

Pamiętam dokładnie tę niedzielę. Zjadłam śniadanie w Kefirku na toruńskiej starówce (ok. 13, co czyniło ten dzień jeszcze przyjemniejszym), pospacerowałam po bulwarze i wpadłam do Empiku kupić bilety na koncert Czesława-Śpiewającego. Miałam jeszcze ponad godzinę do spotkania z Asią i Arkiem, których miałam odwiedzić na kawie, więc postanowiłam rozejrzeć się po księgarni. "Może wpadnie mi w oko jakieś wdzięczne czytadło, które dziś wieczorem otworzę i od razu wskoczę w inną rzeczywistość..." - zdążyłam pomyśleć, gdy rzuciła mi się w oczy okładka Strażnika tajemnic. 

Aż podskoczyłam z radości! Kate Morton to autorka, która w moim prywatnym rankingu plasuje się w czołówce twórców świetnych czytadeł - opowiadałam Wam o wrażeniach z lektury jej pierwszej powieści, potem buszowałam zawzięcie po Domu w Riverton, by z największymi emocjami przeczytać Milczący zamek (paradoksalnie, na blogu tylko wspomniany). Bez wahania chwyciłam więc drugi z brzegu egzemplarz (wiadomo, zasady obowiązują nawet przy spontanicznych gestach) i popędziłam do kasy!

niedziela, 27 października 2013

Sobota pali się w rękach

Nareszcie! Po gorączkowym tygodniu się sobotę poświęcić w całości na festiwal filmowy Tofifest. Wśród jego płomiennych reflektorów i czerwonych plakatów nasyciłam się spotkaniami, nasłuchałam kuluarowych rozmów i nacieszyłam kinem. Toruński Tofifest dziś tworzony jest z coraz większym rozmachem, wypływa na pola międzynarodowe, a w mojej pamięci pozostaje wciąż jako kameralne, offowe toffi, którego początki zbiegły się z pierwszymi latami mojego życia w tym mieście.

Na pierwszy ogień trafił w sobotę temat montażu. W czasie dynamicznej, swobodnej rozmowy w Czytelni toruńskiego CSW, dwoje świetnych polskich montażystów - Milenia Fiedler i Maciej Pawliński - dzieliło się ze słuchaczami nie tylko techniką cięcia, ale przede wszystkim - swoim spojrzeniem na kino i sztukę opowiadania historii. A motyw opowiadania historii zawsze interesuje mnie najbardziej!
Reflektory przed OdNową, w której świeżo wyremontowanym kinie odbywało się wiele seansów (sympatyczne kino studyjne, polecam!)

Milenia Fiedler nawiązywała m.in. do pracy nad filmami Wałęsa. Człowiek z nadziei, Tatarak (urocza anegdota na temat sceny, w której bohaterka odgrywana przez Jandę ulega zauroczeniu młodym chłopcem) czy Dziewczyna z szafy (jedyny minus, że przy okazji zdradziła zakończenie tej ostatniej...). Z kolei Maciej Pawliński zafrapował mnie opowieściami o Miłości Fabickiego (ponieważ od czasu kwietniowego seansu, regularnie wracam do tego filmu myślami, możliwość poznania pytań, jakie zadawali sobie twórcy ekranowej historii, była nie do przecenienia).

czwartek, 17 października 2013

Muza dziesiąta i pół

Złota era seriali trwa. Dzisiejsze produkcje telewizyjne biją na głowę fabularne mamałygi, rozpisane bez pomysłu na 100 odcinków, przeżuwane wraz z obiadem, a gubiące spójność w połowie serii. Współczesne seriale dostarczają nie mniejszych wrażeń, niż kino (przypomnę choćby ukochanego Sherlocka) - szturmem wdarły się w przestrzeń X muzy i czują się tam świetnie.

Co o tym decyduje? Są realizowane według oryginalnych, przemyślanych scenariuszy, obsadzane znakomitymi aktorami. Frapują szeregiem postaci drugoplanowych (nie w roli ornamentów, lecz pełnokrwistych bohaterów). Nie mają nic wspólnego z polskimi telenowelami z kartonu. Trzymają w napięciu, intrygują i zaskakują.Mam teorię, że każdy z nas otworzył tę nową epokę z innym tytułem. Każdy zorientował się, że serial wykroczył poza ramy telewizyjnej przewidywalności i dorównał jakości dobrego kina, śledząc akcję innej - lub innych - z kilku pionierskich opowieści. Dla mnie przełomem były Desperate Housewives i Lost. Desperatki zachwyciły umiejętnym splotem gatunków filmowych - kryminał, romans, dramat, komedia - wszystko skomponowane było smakowicie, ekscytowało i dostarczało rozrywki! Im dalej w las, tym bardziej stygły moje emocje (najcieplej wspominam trzy pierwsze sezony DH), ale do dziś polecam ten serial jako źródło fabularnej przyjemności.
Plakat, jakżeby inaczej, nieoficjalny - stąd

Z Lost sytuacja wyglądała inaczej - tu moje serce podbiła precyzja scenariusza. Po raz pierwszy zetknęłam się z serialem, w którym w trzecim sezonie powracał drobny motyw z sezonu pierwszego, nadając zupełnie nowy sens akcji (kiedyś, na fali entuzjazmu, pokazywałam Wam świetne plakaty do Lost). Z dzisiejszej perspektywy nie sądzę, by serial mnie tak zachwycił, uważam też, że ostatecznie nie ustrzegł się dziur w logice wydarzeń - ale na zawsze
zapamiętam go jako produkcję, którą śledziłam z, o rrrrany, rubinowymi wypiekami na twarzy. A Hello, there! Ethana z bodaj 5. odcinka pierwszego sezonu do dziś wywołuje u mnie przyspieszone bicie serca.
Dla moich znajomych taką przełomową rolę odegrały inne tytuły - Rodzina Soprano, Sześć stóp pod ziemią, Mad Men, Breaking Bad, Dr House, Dexter, Gra o Tron (no dobra, to ostatnie dla spóźnialskich). O każdym z nich słyszałam, że "koniecznie trzeba zobaczyć", ale - choć ufam gustom przyjaciół - to obstaję przy zdaniu, że niekoniecznie trzeba obejrzeć wszystkie. Nasze pierwsze emocje nie muszą pokrywać się z dzisiejszym spojrzeniem; jak to zgrabnie ujęła Lirael, której bloga odkryłam, szukając recenzji Obywatela i Małgorzaty - "prawo pierwszych połączeń jest silne" i rzutuje na późniejszy odbiór. Dlatego pamiętne Lost nie będzie moją dzisiejszą rekomendacją dla Was, ale owszem, zostały w mojej sentymentalnej świadomości.

A które tytuły Wy zapamiętaliście jako przełomowe? Czy wracacie do nich, polecilibyście je dzisiaj? Chodzi mi też po głowie notka o serialach, które porwały mnie w tym roku - mielibyście ochotę przeczytać?

poniedziałek, 9 września 2013

Blue Blanchett

Nie mogłam nie napisać o tym filmie. Ale celowo nie spieszyłam się z formułowaniem opinii, nie notowałam świeżych wrażeń na skrawku papieru (jak mi się zdarza po udanych seansach), nie bawiłam się wyszukiwaniem w Blue Jasmine ulubionych wątków z twórczości Allena. Zamiast tego pozwoliłam nostalgicznej Cate Blanchett zapaść się miękko w moją pamięć, przejść za mgłę innych wrażeń, skąd jednak - jak się okazało - nie przestała mnie przejmować.
Cate Blanchett - bez wątpienia to jej kreacja decyduje o specyficznej atmosferze filmu. Jej szorstko rozpaczliwe spojrzenia, jej nonszalancja podszyta desperacją, jej przywiązanie do wysokich standardów życia, a jednocześnie tęsknota za prostą, niewymuszoną bliskością. Aktorka wciela się w szykowną Jasmine (a właściwie Janette, bo tak brzmi imię, porzucone przez bohaterkę na rzecz wykwintnej Jaśminy), która wskutek malwersacji finansowych męża straciła cały dobytek. W akcie bezradności przyjeżdża do San Francisco, gdzie przez kilka miesięcy dzieli mieszkanie z siostrą. Skromna kawalerka w robotniczej dzielnicy, hałaśliwe dzieci i dalekie od wyrafinowanego stylu Jasmine gusta Ginger wywołują regularne spięcia między kobietami. Jasmine nie traci jednak nadziei i niezmordowanie zakłada swoje garsonki w eleganckich beżach, wypatruje bankietów, na których mogłaby poznać kogoś odpowiedniego i uparcie udowadnia siostrze, że i ta powinna żądać od życia więcej.

Najsilniejsze wspomnienie z Blue Jasmine to właśnie spojrzenie Blanchett, w którym ironia i pogarda krzyżują się z... przepastnym obszarem złudzeń. Równie silnie, jak dopiec siostrze z powodu obcesowego narzeczonego, Jasmine potrafi zapomnieć się w dążeniu za kolejną wizją nowego życia.
Ci, którzy przeczytali tekst do tego momentu, wiedzą już, jak absurdalny jest zabieg dystrybutora, który Blue Jasmine reklamuje jako komedię. To nie jest komedia, moi drodzy, to film obyczajowy, mocno zaprawiony smutkiem; choć owszem, niepozbawiony błyskotliwych dialogów czy zabawnych scen. Obejrzyjcie, zwłaszcza w ramach rzymskich wakacji od poprzedniego Allena. Może właśnie w taki dzień, jak dziś, gdy po mieście jeżdżą autobusy zapłakane deszczem, a w powietrzu unosi się rytm do łezki łezka, aż będę niebieska w smutnym kolorze blue (jasmine).

wtorek, 20 sierpnia 2013

Dwa filmy z Dwóch Brzegów

Filmowych wspomnień z Kazimierza ciąg dalszy (tu pierwsza porcja)! Ponieważ szkoda mi czasu na recenzje letnich filmów, przywołam tylko te, które obudziły silne emocje - niekoniecznie pozytywne... Pierwszy tytuł dedykuję Pawłowi, bo prawie wydrapaliśmy sobie oczy w dyskusji nad nim.

Polowanie, reż. T. Vinterberg, Dania 2012
Osochozi?
Lucas żyje w niewielkiej szwedzkiej miejscowości. Rzetelnie wykonuje swoją pracę w przedszkolu, zabiega o częstsze kontakty z synem (który mieszka z byłą żoną Lucasa), a czas wolny spędza z przyjaciółmi na tradycyjnych polowaniach (bardzo tradycyjnych – zwierzęcy temperament szwedzkich mężczyzn to soczysty element filmu!). Nagle spokojną egzystencję Lucasa burzy oskarżenie ze strony podopiecznej z przedszkola, kilkuletniej dziewczynki... Rozpoczyna się konflikt: wyobcowana jednostka vs. zwarta społeczność miasteczka.

Moja opinia:
Polowanie byłoby znacznie lepszym filmem, gdyby reżyser mocniej skupił się na relacji głównego bohatera z jego przyjacielem - relacji, która zostaje wystawiona na dramatyczną próbę. Niestety, wątek ten przez sporą część akcji ustępuje miejsca zmaganiom samotnej jednostki z ostracyzmem społecznym. A w tym obszarze Vinterberg idzie już utartym szlakiem. Wyobraźcie sobie wszystkie możliwe sposoby piętnowania człowieka przez zbiorowość, wszystkie przejawy wykluczenia w małym miasteczku, wszystkie odcienie niechęci ze strony sąsiadów... Macie? Vinterberg odhacza je w scenariuszu jeden po drugim, przewidywalnie i typowo. A szkoda, bo na linii Lucas - Theo reżyser wykazuje się dużą wrażliwością i z tego powodu kilka scen z Polowania bardzo mnie poruszyło. Film zyskałby na pogłębieniu wątków osobistych zamiast grubo ciosanych portretów społeczności - póki co, bardziej polecam Festen tego reżysera.

Stacja Warszawa, reż. M. Cuske, K. Lisowski i in., Polska 2013
Osochozi?
Film utkany z kilku osobnych wątków (prowadzonych wspólnie przez aż 5 reżyserów), które - jak zwykle bywa w przypadku takiej konwencji - w pewnym momencie stykają się ze sobą. Galeria postaci obejmuje przedstawicieli różnych środowisk - od zagubionej pracownicy korporacji, poprzez zbuntowane dziecko z prowincji, ekspedientkę w parszywym sklepie z gadżetami erotycznymi, aż po więźnia przekonanego, że jest mesjaszem. W tle wiele problemów społecznych z pierwszych stron gazet - fanatyzm religijny, pedofilia, pracoholizm, alkoholizm...

Moja opinia
Chaotyczny, wtórny i banalny film. Z założenia, jak sądzę, obraz problemów współczesnej Warszawy (czy dużego miasta w ogóle), dalekich od lukrowanej rzeczywistości seriali tvn. W efekcie - nieudany splot epizodów, nużących, przewidywalnych albo niedopracowanych. Nie pomogli znakomici aktorzy: Eryk Lubos, Zbigniew Zamachowski, Janusz Chabior, Marta Lipińska...).

(Maryna, to film, który ilustruje wszystkie Twoje negatywne opinie o polskim kinie - absolutnie nie oglądaj!)

środa, 31 lipca 2013

Pierwsza z Brzegów - 2013

Tym razem nadawanie z festiwalu Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym zaczynam już teraz, w czasie jego trwania. Bo wprawdzie Kazimierz już opuściliśmy i od ostatnich seansów dzieli mnie 29-godzinna podróż samochodowa (tak, tak... piszę do Was z Czarnogóry!), to kilka tytułów wciąż chodzi mi po głowie.

A i sam festiwal jeszcze trwa - do niedzieli możecie wpaść na projekcję. Relacje z wcześniejszych edycji Dwóch Brzegów, który od czterech lat są stałym punktem naszych z R. wakacji, możecie zobaczyć pod etykietką kazimierz. Tymczasem kino!

Koneser, reż. G. Tornatore, Włochy 2013
Intrygujący film, który tylko na pozór opowiada o trywialnej fascynacji dojrzałego mężczyzny młodą kobietą. Warto poznać jego drugie dno - tym bardziej, że Koneser lada moment wchodzi do polskich kin!
Reżyserem filmu jest Giuseppe Tornatore, twórca m.in. uroczo sentymentalnego Cinema Paradiso. Koneser poniekąd też oddaje hołd historii kina - jest wysmakowany wizualnie, zachwyca kompozycją kadrów. Na długo zapamiętam np. scenę, w której bohater (Geoffrey Rush), siedzi w minimalistycznej, sterylnie białej kuchni, a jedyną plamą koloru jest obraz, który mężczyzna dopiero co kupił na aukcji. Albo ujęcie garderoby wypełnionej w całości tylko rękawiczkami - takiego kadru nie powstydziłby się Seks w wielkim mieście! Warstwa wizualna filmu jest zresztą istotna, bo Oldman to nie tylko esteta, ale i niecierpliwy pedant, który na powitanie podaje dłoń w rękawiczce, a korzystając z czyjegoś telefonu, chwyta go... przez folię.
Dlaczego piszę o filmie od końca, zaczynając od kwestii scenograficznych? Aby nie zdradzić Wam zbyt wiele z fabuły, bo tę dobrze poznać samodzielnie... Dodatkowej przyjemności dostarcza para ekranowych protagonistów - Geoffrey Rush i Donald Sutherland - w roli przyjaciół i współpracowników przy pewnych branżowych przekrętach. Miód!
Na zakończenie - po seansie mam jedną wątpliwość: czy scenariusz, choć misterny, nie posiada jednak dziur i błędów w rozmieszczeniu akcentów? Czy to po prostu ja dałam się zwieść i aby zrekonstruować całą historię, musiałam podyskutować z przyjaciółmi? Jestem ciekawa Waszych opinii!

Osochozi?
Virgil Oldman, ok. 60-letni koneser sztuki i znawca antyków (Geoffrey Rush), cieszy się renomą na rynku kolekcjonerów. Prowadzi firmę, która zajmuje się wyceną zabytkowych obrazów i mebli, osobiście angażując się tylko w poważne zlecenia. Pewnego dnia bohater  otrzymuje telefon od tajemniczej kobiety. Mężczyzna jest poirytowany jej nonszalancją, ale zagadkowa sytuacja klientki bardzo go intryguje...

Festen, reż. T. Vinterberg, Dania - Szwecja 1998
Film, dzięki któremu wybaczyłam Skandynawii całą Dogmę ;) Zrealizowany w 1988 roku obraz Thomasa Vintenberga przynosi przejmujący obraz rodziny, która zostaje skonfrontowana z bolesną tajemnicą. Festen to trochę szwedzkie Wesele Smarzowskiego - utrzymane w innej tonacji, oparte na odmiennej historii, ale równie demaskatorskie i przenikliwe. Tu także rodzinna uroczystość zostaje zgrabnie wykorzystana do przedstawienia problemów społecznych i relacji między ludźmi.Trafia w serce!
A dlaczego "wybaczam" Dogmę? Bo filmy z jej nurtu, oprócz naturalnej rejestracji dźwięku i szorstkich ujęć, cechuje jednak często pretensjonalność. A Festen, mimo tematyki ciężkiego kalibru, zachowuje lekkość opowieści, nie udaje, nie odwołuje się do banałów - snuje po prostu dobrą historię.

Osochozi?
Grupa braci i sióstr spotyka się przy okazji 60. urodzin ojca. Podniosły charakter ceremonii zakłóca nagłe wyznanie jednego z synów, Christiana. Niechciany sekret uderza nie tylko w jubilata, ale i w sztywne, rodowe rytuały, zwyczajową kurtuazję, uświęcone tradycją uprzedzenia, a wreszcie - w wygodne pragnienie, by wszystko zostało tak, jak jest...
 
Wkrótce w Kieszeniach kolejne porcje wrażeń - będą recenzje filmowe (m.in. z najnowszego filmu reżysera Festen), wspomnienia ze spotkań z artystami w Kazimierzu, wreszcie - ślady wojaży po byłej Jugosławii!

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Coppola i Camilla

Czyli recenzja dwóch wydarzeń - kinowego i literackiego - których nie łączy prawie nic, poza tym, że ich autorki są kobietami i że akurat niedawno ponownie się z nimi zetknęłam.
Bling ring, reż. Sofia Coppola
Siedząc w kinie przed seansem nowego filmu Coppoli, zastanawiałam się, dlaczego wyświetlane są przed nim najbardziej badziewne zwiastuny świata - sami superbohaterowie, roboty wyzierające z ludzkich korpusów, obślizgłe kreatury; przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy siedzimy we właściwej sali - w końcu trailery są jakoś targetowane. Ale nie, dobór filmowych reklam wynikał raczej z tego, że Bling ring też mógł być kierowany do zblazowanych nastolatków.
Film niestety jest rozwlekły i nudny. W 80% składa się z tych samych ujęć - bohaterowie włamują się do rezydencji gwiazdy, bohaterowie przymierzają kreacje i błyskotki, bohaterowie jadą samochodem i śpiewają na głos wraz z wykonawcą, bohaterowie szaleją w klubie. Aha, jeszcze publikują zdjęcia na Facebooku. I taka seria jakieś pięć razy, zawsze tak samo, bez żadnych dodatkowych atrakcji. Zmieniały się tylko marki... ale nie, nie posunę się do złośliwego podejrzenia, że celem tych powtarzalnych sekwencji był zarobek na lokowaniu produktów, jak we fragmentach Seksu w wielkim mieście II. Gdy akcja zaczęła nabierać tempa (nareszcie!)... film się skończył.
Coppola nakręciła Bling ring w oparciu o prawdziwe wydarzenia - szajka licealistów faktycznie włamywała się do domów VIP-ów i plądrowała luksusowe garderoby, wynosząc naręcza markowych torebek i designerskich butów. Tyle, że film nie przynosi niczego więcej poza tym jednym zdaniem streszczenia, które Wam przekazałam. No dobra, jest i odkrywcza refleksja nad ślepym dążeniem współczesnej młodzieży do popularności, nad desperackim szukaniem dróg, by zaistnieć. Poza tym - smutno, miałko, powierzchownie. Wydaje się, że autorka Między słowami (serio..??) nakręciła ten film w weekend.

Uwagi na marginesie:
  1. Czy ludzie naprawdę masowo pozostawiają portfele w otwartych samochodach? (Ewenement dziwi się światu).
  2. Zabawny akcent: poduszki w domu Paris Hilton.
  3. Czołówka filmu to powtórka rozwiązań z Marii Antoniny - dynamiczna muzyka, swobodna czcionka w żywym kolorze i seria kadrów z detalami: buty, torebka, biżuteria. Tam czołówka była identyczna, różniła się tylko estetyka gadżetów (tam XVIII wiek we wdzięcznym ujęciu pop, tu dzisiejsze brandy).
  4. Emma Watson fajna, zadziorna. Myślę, że dla jej kariery (przełamanie wizerunku z serii o Harrym Potterze) ten film będzie miał znacznie większe znaczenie, niż dla kinomanów.

Kryminały Camilli
Läckberg
Pierwsze z nich recenzowałam w Kieszeniach (tu np. Księżniczka z lodu i Kamieniarz), ale przy późniejszych się zaniedbałam i dziś zbiorę w jedną całość wrażenia ukryte z tyłu głowy. Jestem krótko po lekturze Syrenki i Latarnika (tego ostatniego - spaskudzonego przez Wysokie Obcasy, ale o tym później).

Moja opinia o Läckberg się potwierdziła - uważam, że autorka pomysłowo plecie kryminalne intrygi i potrafi skutecznie dawkować napięcie. Natomiast jej powieści są niespecjalnie dobre literacko - sporo tu frazesów typu: Coś mu nie pasowało, ale nie wiedział, co, powtórzeń w zdaniach i ogólnie kanciastych wyrażeń. No i główni bohaterowie - ci, którzy powracają na łamach kolejnych tomów - bywają kartonowi, choć ten ostatni punkt zmienia się z czasem, więc wierzę, że z tomu na tom będzie lepiej.
Co można bez wyrzutów sumienia omijać w kryminałach Camilli Läckberg? Dialogi obyczajowe, przekomarzania się małżonków czy odprawy w komisariacie - które jedynie powtarzają wcześniejsze ustalenia albo ilustrują powolność umysłu szefa miejscowej policji (niezbyt błyskotliwie, bo ten szef należy do postaci utkanych z trzech cech na krzyż). Szybko wertować można charakterystyki głównych bohaterów, policjantów, ich żon, sióstr i innego stałego inwentarza.

Co pozostaje bardzo udane i przemyślane? Intrygi, przyczyny morderstw, rodzinne sekrety sprzed lat, zawikłane motywacje zbrodniarzy... Warstwa kryminalna nie zawiedzie miłośników gatunku - Läckberg sięga po coraz to nowe odcienie zbrodni, różnicuje śledztwa, serwuje dużo soczystej rozrywki. Ja sama z pewnością prześledzę jej kolejne fabuły.
Tym bardziej, że stęskniłam się za niespodzianką, bo radość z ostatniego tomu - Latarnika - popsuła mi dziennikarka WO, która w pierwszym pytaniu wywiadu z Läckberg zaserwowała... paskudny spojler. Łudziłam się później, że może to tylko jeden z wątków książki, może będzie i inna tajemnica - ale nie, Magdalena Grzebałkowska pogrzebała cała intrygę. Do dziś dziwię się, jak można w wywiadzie z autorką kryminałów - czyli materiale skierowanym raczej do miłośników gatunku, niż np. pasjonatów szwedzkich kobiet w ogóle - zdradzić rozwiązanie. (Kto czytał Latarnika lub nie zamierza, linkuję wywiad, sprawdźcie sami).
Za najlepszą część sagi o mieszkańcach Fjalbacki uważam tom Niemiecki bękart - to powieść napisana wartko, pełnokrwiście, ze zgrabnie wplecionym wątkiem zbrodni wojennych - więc polecam dotrzeć w czytaniu sagi chociaż do niej. Albo, jeśli nie jesteście ortodoksyjni w lekturze chronologicznej, przeczytać tylko ją ;-) A w temacie kryminałów i thrillerów, właśnie jestem w trakcie Bezcennego Miłoszewskiego - tym razem nie o prokuratorze Szackim, ten musi poczekać na swój kolejny tom. Zobaczymy.
Zamieściłam zdjęcie szwedzkiej okładki, bo na końcu powieści, w podziękowaniach, autorka wyznaje, że długo i z trudem szukała odpowiedniej latarni na okładkę. Mam nadzieję, że to ta.

piątek, 31 maja 2013

7 powodów, dla których warto obejrzeć "U niej w domu"

Najnowszy film François Ozona zaintrygował mnie - i właśnie urokami U niej w domu (Dans la maison) zamierzam się z Wami podzielić. Są i zastrzeżenia, nie kryję, ale o nich na końcu.
  Powody, dla których warto zaczerpnąć Ozona:
  1. Pomysłowy scenariusz. W jednej z początkowych scen Germain (Fabrice Luchini), doświadczony nauczyciel w elitarnej szkole średniej, czyta wypracowania swoich uczniów. Drwi z trywialnych czy infantylnych opisów minionego weekendu, naigrywa się z żoną z niskiego poziomu wiedzy licealistów... gdy nagle natyka się na pracę Claude'a, ucznia z ostatniej ławki. Niepozorny nastolatek opisuje, jak - pod pretekstem udzielania korepetycji koledze - wkradł się do jego domu i obserwował matkę chłopca, „kobietę z klasy średniej” (w tej roli Emmanuelle Seigner). Tekst jest nie tylko poprawnie napisany, ale i ciekawy - kończy się obiecującym skrótem c.d.n. Jak łatwo zgadnąć, kolejne wypracowania Claude'a będą odcinkami tej przedziwnej historii (Germain postanowi zachęcać ucznia do pisania), której związek z realnymi wydarzeniami nie przestanie nurtować widza.
  2. Motyw opowiadania historii - bardzo smakowita rzecz dla wszystkich, których interesuje konstruowanie fabuł. To właściwie główny temat U niej w domu - dyskusje o przebiegu zdarzeń w opowiadaniu, o szukaniu zwrotów akcji i budowaniu relacji między bohaterami stanowią oś dialogów Germaina i Claude'a. A przy tym zabawnie komentują scenariusz filmu (można na bieżąco odnosić porady Germaina do przebiegu scenariusza Ozona). Przy tej tematyce przypomniał mi się zabawny Przypadek Harolda Cricka, gdzie bohater - pracownik urzędu skarbowego - orientował się nagle, że jest postacią z książki, a przede wszystkim wróciły wspomnienia allenowskiej Melindy i Melindy. W tamtym filmie tworzono dwie alternatywne historie o bohaterce, komiczną i tragiczną - w U niej w domu wiele jest tego klimatu twórczej zabawy.

sobota, 25 maja 2013

Czy Alicja jest sympatyczna?

W ramach szlifowania wiedzy/ poszukiwania inspiracji wybrałam się w piątek ze swoim zespołem na PLASTER - festiwal plakatu i typografii, organizowany po raz czwarty w toruńskim CSW. Oprócz wystaw (międzynarodowa ekspozycja, współczesny plakat włoski i retrospektywa Tomasza Bogusławskiego – ta ostatnia moim zdaniem świetna), udało nam się zobaczyć dwa wystąpienia twórczych duetów.
Pierwszym z nich była Galeria Rusz - tandem znany w Toruniu z nietypowych akcji billboardowych. Galeria prezentuje swoje prace m.in. przy mojej ulicy, więc śledzę jej kolejne pomysły na bieżąco. I choć doceniam niereklamowe traktowanie billboardu, to rzadko który pomysł Galerii Rusz mnie przekonuje. Większość obrazów wydaje mi się mało błyskotliwa, niezbyt odkrywcza - choć z założenia konceptualna i, jak deklarują artyści, mająca skłaniać do refleksji, poruszać, przełamywać oczywistości. Moim zdaniem nie przełamuje.

Dzisiejsze spotkanie nie zmieniło mojego nastawienia. Spośród zaprezentowanych prac kilka wywołało mój entuzjazm, ale większość przyjęłam obojętnie. Gdy jedno z haseł ujęło mnie grą słów
, chwilę później okazało się, że jego autorem jest... S. J. Lec ;-) Same wypowiedzi artystów też nie wniosły wiele nowego - były dość chaotyczne, rozciągnięte, skupione głównie na wątku mglistych kontrowersji wywołanych przez prace. Rozmawialiśmy zresztą po wyjściu z CSW, że te szumne "kontrowersje" wydają się największym powodem do dumy twórców.
Poniżej przykład billboardu, który mnie przekonuje


niedziela, 7 kwietnia 2013

Dwie miłości, jedna nie

Miłość, reż. S. Fabicki
Wybrałam się na nią w tygodniu, sama, dla złapania oddechu od codzienności. Podziałała (choć nie bez znaczenia był pewnie sam rozkoszny fakt siedzenia w sali kinowej, gdzie oprócz mnie były tylko dwie osoby). 
Dobry, dający do myślenia film, z kategorii tych, które na przemian poruszają i irytują postępowaniem bohaterów ("Kto by się tak zachował?!"). Wprawdzie początkowo żachnęłam się na aktorów (Kijowska, Dorociński, Kulesza, Dziędziel... powtórka ze Smarzowskiego!), ale potem uległam im całkowicie – zwłaszcza parze pierwszoplanowej.
O czym opowiada Miłość? Młode małżeństwo (Julia Kijowska i Marcin Dorociński) zderza się z niespodziewanym dramatem  obserwujemy, jak desperacko walczą, żeby nie wpłynął na ich życie. Próba jest z góry skazana na porażkę, ale czy relacja między dwojgiem bohaterów również? Na pewno Fabickiemu udało się wiarygodnie odmalować niuanse związku pomiędzy małżonkami. Warto obejrzeć, choć nie bezkrytycznie.

Miłość, reż. M. Haneke
Film obejrzany z zaskoczenia, w roześmianym gronie, które spodziewało się zobaczyć Fabickiego (do dziś nieznane są przyczyny nieporozumienia!). 


wtorek, 26 marca 2013

Drogówka – bilans wykroczeń

Wesele Smarzowskiego ujęło mnie błyskotliwością, z seansu Domu złego wychodziłam wstrząśnięta, ale z czasem uznałam go za zbyt grubo ciosany, Róża mnie rozczarowała. Tymczasem wczoraj widzieliśmy Drogówkę. Co się udało, a co mniej, w tej filmowej trasie Smarzowskiego?
JAZDA BEZWYPADKOWA:
  1. Aktorstwo. O tym, że Bartłomiej Topa jest genialny, wiemy nie od dziś (przy okazji, Maryna, przypomniało mi się – Prosta historia o miłości to przykład polskiego kina bez pretensji!), jestem też zagorzałą fanką Braciaka, Kuleszy, Andrzeja Grabowskiego (który tu w epizodzie, acz niezawodny), lubię Jakubika i Lubosa. Doceniam też Dorocińskiego, który ostatnio stanowczo mi się przejadł – w Drogówce na szczęście wystąpił w niewielkiej roli. Na deser Maciej Stuhr, Andrzej Chyra i wielu, wielu innych... Tak, Smarzowski niewątpliwie ma oko do niebanalnych aktorów – marzy mi się, by nakręcił film z serią kobiecych postaci, obsadzając w rolach głównych np. Maję Ostaszewską, Magdę Popławską i (ponownie) Kingę Preis.
  2. Dialogi. Nie wnikając w wiarygodność sytuacji przedstawionych na ekranie (spotkałam się z opinią, że Drogówka, owszem, ukazuje realia polskiej policji, ale te sprzed 20 lat), twierdzę zdecydowanie, że Smarzowski ma znakomite wyczucie języka – żywego, soczystego, emocjonalnego. Wiele scen z Drogówki z pewnością zostanie zapamiętanych (choćby na YouTube) jako samodzielne perełki, dowcipne i błyskotliwe. Ja szczególnie doceniam zręczność, z jaką przy pomocy kilku słów reżyser jest w stanie kapitalnie zbudować postać. Czy to pierwszoplanową, czy epizodyczną (Pies marki wilczur albo, pięknie osadzone w kontekście: Kilometr masy bitumicznej za milion? Ja cię pytam, k..., jak żyć?). W tej kwestii talent niemal tarantinowski!

niedziela, 10 lutego 2013

Nielot w kinie Kultura

W czasie krótkiej wycieczki do Warszawy udało nam się dziś z R. zahaczyć o kino (kto czyta Kieszenie, ten wie, że kina niesieciowe – działające lub nie – stanowią ważny punkt wszystkich naszych wędrówek*). Tym razem odwiedziliśmy przybytek położony przy Krakowskim Przedmieściu (wiecie, to na starówce! ;-) – Kino Kultura. Polecam je serdecznie – kino kameralne, ale bardzo wygodne, niedrogie (bilet normalny po 19 zł), a dodatkowo wyposażone w sympatyczną restaurację z antreso (na zdjęciu).
Jako że kina studyjne odwiedzam z dużym upodobaniem, wyszczególniłam sobie spośród nich pewne kategorie. I tak widzę np. kina typowo studenckie (ciasne, ale tłumnie oblegane i bardzo tanie), kina-klubokawiarnie (połączone z kafejkami, księgarniami albo stanowiące część galerii – jak toruńskie Kino Centrum w CSW albo Kino Muza w Poznaniu). Zdarza mi się spotykać kinalady-dawnej-świetności (obskurne, o obdartych fotelach, niewytłumionych ścianach, opryskliwej obsłudze i ogólnie sprawiające wrażenie, jakby trwały tylko dzięki temu, że cichą egzystencją nie zwróciły uwagi wolnego rynku). Warszawska Kultura otwiera kolejną kategorię – to kina nieduże, ale dorosłe i cywilizowane, wystarczająco komfortowe, by mogły konkurować z salami multipleksów, a przy tym stylowe ;-)
Jednak sceneria scenerią, ale głównym celem naszej wizyty był seans! Wybraliśmy z R. Nieulotne – niedawną premierę Jacka Borcucha, którego pozytywnie wspominaliśmy po filmie Wszystko, co kocham sprzed paru lat. Oraz po roli Stefanka w Długu Krauzego.

Na zdjęciu filmowa szpula z niewielkiej ekspozycji w kinie Kultura.
Obok Nieulotne na ulotnych ulotkach.
Niestety, zawiedliśmy się. Prawdę mówiąc, zastanawiam się, po co w ogóle powstał ten film. Żeby pokazać, jak młodzi, „zwyczajni” ludzie zostają zderzeni z dramatem? Scenariuszy opartych o ten motyw – i to znacznie ciekawszychbyło już sporo, jak choćby 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni. Żeby przedstawniejednowymiarowy, trudny świat pogubionych dwudziestolatków – odrzucić stereotyp beztroski i lekkomyślności, przekonać, że młodzi są myślący? Jeśli tak, to cały dramat wydaje się dodany na doczepkę. A może żeby, nie skupiając się na wieku, pokazać szerzej, jak jedno niespodziewane wydarzenie (w które wikłają się ludzie w gruncie rzeczy dobrzy) może położyć kres wcześniejszej, swobodnej egzystencji? Jeśli tak, to i ten cel nie został osiągnięty. Nie wspominając już o tym, że takich filmów również widziałam dziesiątki, na czele z... Długiem Krauzego. Ostatnia hipoteza – dla atmosfery, dla subtelnego zobrazowania uczuć, poetyckiego ujęcia relacji międzyludzkich? Jeśli tak, to... nie ma o czym mówić, po raz kolejny wspomnę choćby Single mana.
Pamiętam, że Wszystko, co kocham zrobiło na mnie pozytywne wrażenie. Nie wywołało wielkiego zachwytu, ale ujęło bezpretensjonalnością – to sympatyczny film, pozbawiony patosu (grzechu głównego polskiego kina), opowiedziany z wdziękiem. Borcuch fajnie obrazuje w nim ciekawość świata młodych ludzi – bez protekcjonalnego tonu, bez bagatelizowania nastoletnich emocji, bez nadęcia czy moralizowania, a za to z autentyzmem i... czułością. W Nieulotnych ton nie jest już tak lekki ani, co gorsza, tak przekonujący. Niektóre sceny nużą, inne wyda się po prostu pretensjonalne albo infantylne.

Słowem – myślę, że zobaczyć można, tragedii nie będzie, to z pewnością nie jest najgorszy film świata. Ale wybuchów emocji, jakie obiecuje dystrybutor, też się nie spodziewajcie. Ja nawet po kubeczku grzanego wina, kupionym na straganie tuż po seansie (grzaniec w plenerze to znakomity wynalazek, polecam!)pozostałam dość niewzruszona.
Nieulotne kojarzą mi się z tysiącem innych obrazów spod szyldu młode kino europejskie na trudne tematy.

* Do dziś wspominam na przykład, z jak wielkim entuzjazmem R. podążał za mną przez Dolne Miasto w Gdańsku, by dotrzeć do Kina Piast, w okolicach którego potłuczone butelki intrygująco chrzęściły nam pod stopami... Taaak, mój mąż to prawdziwe wcielenie cierpliwości!